| Mieczysław Widaj - zbrodnia bez kary |
| Aldona Zaorska |
| czwartek, 22 grudnia 2011 13:17 |
|
Stalinowskich zbrodniarzy było wielu. Prawie żaden nie poniósł odpowiedzialności za swoje zbrodnie. Większość spokojnie dożywała swoich dni, pobierając emerytury o jakich ich ofiary nawet nie śmiały marzyć. Jednak na tle różnych Andrzejewskich, Różańskich, Klejamnów i innych wyróżnia się postać Mieczysława Widaja.
Mógł być uczciwym człowiekiem, został bandytą Mieczysław Widaj urodził się 12 września 1912 roku w Mościskach. Rodzice zapewnili mu staranne wykształcenie – w 1934 roku ukończył wydział prawa na słynnym Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie. W 1935 roku – Szkołę Podchorążych Rezerwy we Włodzimierzu Wołyńskim. Do 1939 roku był aplikantem w Sądzie Grodzkim w Mościskach i Sądzie Okręgowym w Przemyślu. Normalną karierę prawniczą przerwała mu wojna i przyznać trzeba, że początkowo nic nie wskazywało, że po wojnie zostanie on zwykłym łajdakiem. Widaj wziął udział w Kampanii Wrześniowej, dowodząc pułkiem artylerii a w czasie okupacji wstąpił do Armii Krajowej. Przyjął pseudonim „Pawłowski” i został oficerem łączności Obwodu Mościska należącego do lwowskiego okręgu AK. Pod koniec wojny został awansowany do stopnia kapitana. Na marginesie – to w czasie wojny poznał Jana Władysława Władykę, który był jego przełożonym i którego pięć lat po wojnie… skazał na 15 lat więzienia. Sądzenie kolegów z AK bardzo szybko stało się zresztą jego „specjalnością”.
„Prowadzić sprawę z 25 oskarżonymi to nie lada sztuka” Do komunistów przystał 15 marca 1945 roku, kiedy wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. Trzy lata później – w 1948 roku – do partii. Co prawda akowcy wcielani siłą do LWP często z niego dezerterowali a gdy zostawali, robili wszystko, by się „nie wychylić” i przypadkiem nie awansować, ale Widajowi najwyraźniej marzyła się „kariera”. Po latach zarzekał się, że „nie chciał, ale musiał” zostać sędzią, ale wiele wskazuje na to, że po prostu kłamał. Już po miesiącu bowiem orzekał w swojej pierwszej sprawie – sądził ppłk. Edwarda Pisulę ps. „Tama” – szefa Kedywu okręgu Tarnopol. Nie wykonano na nim wyroku śmierci – bohater podziemia zmarł po torturach zadanych mu w śledztwie w więzieniu UB przy ul. 11 Listopada w Warszawie. A Widaj orzekał dalej. Już w maju 1945 roku został sędzią Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie, a następnie Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi. W ten sposób rozpoczął swoją długą i krwawą karierę, w czasie której skazał na śmierć ponad sto osób. Widaj od razu został obdarzony dużym zaufaniem przełożonych, czego dowodem było powierzenie mu do osądzenia „bandy Groźnego”, czyli oddziału Eugeniusza Kokolskiego, działającego na terenie łódzkiego i poznańskiego. Jak sam wspominał – akta tej sprawy dostał zaledwie na pięć dni przed rozprawą a każdy z podsądnych był obciążony kilkudziesięcioma zarzutami. Jak odnotował z pewną dumą w swoich wspomnieniach – „prowadzić sprawę z 25 oskarżonymi to nie lada sztuka”, a on jej dokonał.
Troskliwy mężuś Widaj o sprawach sądowych mówił, że nie ma i nie może być przymusu, ale sam uważał się za jego ofiarę, żaląc się na „ciężkie warunki” w jakich przyszło mu żyć w Warszawie, gdzie został przeniesiony z Łodzi i podjął pracę jako sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego – jednego z najkrwawszych w historii Polski. Do Warszawy trafił w maju 1949 roku – jak mówił – w bardzo ciężkie warunki mieszkaniowe. W zrujnowanym mieście nie było dla niego apartamentu i zamieszkał w budynku sądu. Dostał pokój obok celi do której wprowadzano więźniów. A że i on sam, i jego towarzysze sądzili także po nocach, Widaj żalił się, jak to jego i jego ciężarną żonę budziły nocami kroki na sądowym korytarzu a po podłodze biegały szczury. „Biednego” Widaja nie obchodziło, że sądowymi korytarzami na śmierć, bo przecież nie uczciwe procesy, prowadzono ojców rodzin a wśród więźniów były kobiety w ciąży i zdarzało się, że w wwyniku tortur traciły nienarodzone dzieci a jeśli je rodziły, były im one natychmiast odbierane. Główną troską Widaja było, że żona nie będzie miała gdzie wysuszyć pieluch dziecka. Kobiety, które przechodziły poronienia w karcerach nie miały nawet pomocy medycznej, ale przecież dla Widaja to nie miało żadnego znaczenia. Skarżył się tylko, że inni awansowali, przechodzili do cywila a on musiał sądzić w sądzie wojskowym. To nieprawda. Wcale nie musiał. Za odmowę nie groziła mu „kula w łeb” – stalinowscy zbrodniarze w Polsce nie skazywali się nawzajem na najwyższy wymiar kary. Mógł co prawda z hukiem wylecieć z wojska, ale przecież skoro było mu tak źle, to niczym nie ryzykował. Poza „szansą” na „lepsze życie” i awans, co zdaje się było dla niego ważniejsze, niż zwykła ludzka przyzwoitość. W końcu się doczekał. W 1952 roku z zastępcy awansował na Prezesa Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. W 1954 roku trafił do Najwyższego Sądu Wojskowego, awansując na zastępcę szefa. Razem z awansami prawniczymi szły wojskowe – w 1955 roku został pułkownikiem. Może zostałby i generałem ale przyszedł rok 1956 i pierwsze, co prawda w dużym stopniu fikcyjne, czystki. Widaj został zwolniony z zawodowej służby wojskowej i trafił do rezerwy. „Komisja Mazura”, która badała przejawy łamania „praworządności” przez stalinowskich zbrodniarzy, w stosunku do niego była bardzo pobłażliwa – zaleciła przeprowadzenie śledztwa, do którego oczywiście nigdy nie doszło. Widaj zaś został radcą prawnym Centralnego Laboratorium Chemicznego w Warszawie, potem Centralnego Zarządu „Konsumów” (sieć zaopatrzenia milicjantów i esbeków) i w końcu (od 1964 roku) – Komendy Garnizonu m.st. Warszawy. Zanim odszedł z wojska na śmierć skazał 106 polskich patriotów, znacznie więcej na wieloletnie więzienie.
„Nie sposób było nadążyć” Mieczysław Widaj był z punktu widzenia stalinowskich władz „ideałem” – nie miał wątpliwości, podsądnych uważał za bandytów a najważniejsza była dla niego szybkość. Sam wspominał, że na wyjazdowej sesji sądowej w Ostrołęce, która miała miejsce w dniach 26 – 30 kwietnia 1949 roku osądził dziewięciu ludzi, w tym „Lasa” – Kozłowskiego jako „szefa” bandy. Tylko „Las” miał „coś z dziewięćdziesiąt” zarzutów, „pozostali po kilkadziesiąt”. Ale i tym razem „dał radę” – osądził wszystkich, bo takie dostał zalecenie. Wykonywał też i inne polecenia. To on osądził w listopadzie 1950 roku Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” i jego podkomendnych. Był tak szybki, że wielokrotnie sądził w procesach „kiblowych”. Ich nazwa pochodziła od specyficznego sposobu sądzenia – procesy odbywały się w celach skazanych. Widaj (albo jego koledzy) zasiadali na pryczach lub stołkach, więc oskarżonemu jako jedyne miejsce pozostawał stojący gdzieś w kącie sedes, zwany w gwarze więziennej „kiblem”. Oczywiście w „procesach” tych nie uczestniczyli obrońcy a w rzeczywistości były one po prostu sądowymi mordami, za które ani Widaj, ani inni „sędziowie” nie ponieśli kary. Zdarzało się, że cały „proces” trwał kilkanaście minut. Wyroki śmierci Widaj ogłaszał przed ich zredagowaniem, co tłumaczył szczupłością podległych mu kadr oraz ilością spraw, która była tak duża, że „nie sposób było nadążyć”. Z tymi „kadrami” nie było jednak aż tak źle. Kilku współpracowników Widaj miał – np. Helenę Wolińską, czy Stefana Michnika – brata redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Zdarzało się więc, że prokurator Wolińska sporządzała akt oskarżenia, Widaj z Michnikiem skazywali na śmierć, po czym Michnik przyglądał się egzekucji, żeby mieć pewność czy wyrok zostanie wykonany. Tak było np. w przypadku majora AK Andrzeja Czaykowskiego, cichociemnego, dowódcy batalionu „Ryś” i „Oaza-Ryś” w Powstaniu Warszawskim, odznaczonego za bohaterstwo Krzyżem Virtuti Militari, poety, którego 30 kwietnia 1953 roku Mieczysław Widaj skazał na śmierć. 10 października 1953 roku przy egzekucji AK-owca w więzieniu na Rakowieckiej asystował porucznik Stefan Michnik. Na wniosek Heleny Wolińskiej z kolei w lutym 1951 roku Widaj zatrzymał w więzieniu gen. Edmunda Filerdorfa „Nila”. Jak się to skończyło – wszyscy wiemy – „Nil” został zamordowany.
Sędzia na sto sześć „czap” „Przymusowy” sędzia Widaj nie tylko sądził szybko. Nie miał też litości dla ludzi już osądzonych. Tak było na przykład w procesie biskupa Kaczmarka. Oczywiście zanim biskup Kaczmarek stanął przed Widajem, przeszedł bardzo ciężkie śledztwo – był przesłuchiwany po 30-40 godzin bez przerwy, odmówiono mu prawa do widzeń, paczek i listów. Ubecy notorycznie pozbawiali ordynariusza kieleckiego snu i jedzenia, podawali mu środki odurzające i przekonywali, że jest zdrajcą, którego „wszyscy się wyrzekli”. W efekcie doprowadzili go do stanu przedagonalnego a potem oddali w łapy Widaja z oskarżeniem o działanie w „antypaństwowym ośrodku” na rzecz „imperializmu amerykańskiego i Watykanu”. Biskupa skazał Widaj na 12 lat więzienia, pozostałych podsądnych księży na kary od 6 do 10 lat a siostrę Walerię Niklewską na 5 lat więzienia. Tylko w stosunku do niej komunistyczne władze zdecydowały się na zawieszenie kary. Biskup Kaczmarek w celi śmierci spędził osiem lat. Wyszedł w maju 1956 roku jako schorowany człowiek. Ubeckie metody sprawiły, że zmarł w 1963 roku.
Zwierzchnicy byli z Widaja chyba zadowoleni, skoro już w styczniu 1953 roku przewodniczył procesowi księży kurii krakowskiej – kolejnych „wrogów ludu w sutannach”, na który sprowadzono go specjalnie z Warszawy (oskarżał Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski). Po tym procesie poparcie dla „sprawiedliwości” Widaja i potępienie dla „zdrajców” wyrazili np. Wisława Szymborska i Sławomir Mrożek. Sam Widaj ochoczo przyjmował nie tylko tego rodzaju wsparcie ale „pomoc” ubecką w przerabianiu wyroków i zawsze akceptował te „przeróbki”. Ważny był po prostu wyrok, nawet jeśli jego uzasadnienie było kompletnie idiotyczne.
Hańba Mieczysław Widaj nie odpowiedział za zabicie 100 osób. Kiedy po latach pobierania 9 300 zł emerytury IPN chciał postawić go przed sądem okazało się, że jest… chory. W efekcie jedyną sankcją, którą poniósł było odebranie mu 4000 zł wojskowej emerytury. Pozostałe 5 300 zł zapewniło zbrodniarzowi poziom życia o jakim jego ofiary nie mogły nawet marzyć. Niewiele jednak brakowało, aby w sprawie Widaja doszło do jeszcze większej hańby niż wypłacanie mu gigantycznego świadczenia. Kiedy 11 stycznia 2008 roku zbrodniarz zmarł, jego żona wymyśliła sobie… pogrzeb męża z wojskowymi honorami i pochówek na cmentarzu przy kościele św. Katarzyny na Służewcu w Warszawie – miejscu, gdzie potajemnie grzebano… ofiary Widaja. Zaprotestowały rodziny ofiar oraz senator Zbigniew Romaszewski. Ostatecznie, po telefonie z warszawskiej kurii, proboszcz parafii św. Katarzyny – ks. Józef Maj odmówił pochowania zbrodniarza. Również MON nie zgodził się wysłać na pogrzeb kompanii reprezentacyjnej ani oddziału wojska. Ale czy to wystarczająca zapłata za zbrodnie Mieczysława Widaja? Aldona Zaorska Źródła: Tadeusz M. Płużański, „Stalinowski sędzia Mieczysław Widaj żyje w Warszawie, przez nikogo nie ścigany”, www.asme.pl |
| Ład jako sprzeciw wobec bezładu i bezsensu |
|
| HISTORIA DLA IDIOTÓW I PROSTACZKÓW |
|
| Misja życia Antoniego Macierewicza |
|
| Prof. Ireneusz Krzemiński, czyli „Pomidor” lub „dziadka kalesony”? |
|
| Kiedy już głupcy przejrzą na oczy… |
|
| Czas łotrów i szubrawców |
|
| ZAPROSZENIE Na Dzień Otwarty W WYŻSZEJ SZKOLE TURYSTYKI I JĘZYKÓW OBCYCH W WARSZAWIE |
| Pozostała nam tylko ulica |
| CZAS NIEODWRACALNEJ RADOŚCI |
|
| Kiedy przeproszą za rabina? |
Nazwał Jana Pawła II starym, śmierdzącym chu..m i głupim Polakiem. Czy to nawoływanie do nienawiści? |
| Tusk to obciach |
Wygląda na to, że era „płemieła” właśnie dobiega końca |
| BO NAJPIĘKNIEJ MILCZY TRUP... |
|
| 21 730 samobójców pod rządami Tuska |
|
| Zamiast „schować babci dowód” zabiorą Tuskowi władzę? |
|
| Polityczna świnia działająca na szkodę polskiego prezydenta |
|
| Coś wisi w powietrzu..., kiedy władza staje się śmieszna |
|
| PO, czyli POlska Poniżona i Ośmieszona |
|
| Posypała się narracja |
|
| CO DALEJ? |
|
| Boże, przybądź nam z pomocą |
|
| WYDARZENIA | POLITYKA | KRAJ | HISTORIA | WARSZAWSKA ALEJA | KULTURA | ZDROWIE I URODA |
| Warszawska Gazeta 2011 | REKLAMA | PRENUMERATA | KONTAKT | do góry
|