|
Katów w ubeckich więzieniach było niemało. Za torturowanie, znęcanie się psychiczne i zwykłe mordowanie ludzi ludowa ojczyzna szczodrze ich wynagradzała. Wolna Polska nigdy nie podjęła wysiłków aby im odpłacić za zbrodnie. W przypadku niektórych do dziś nie wiadomo, jak wyglądali, czy jeszcze żyją, ani co robią...
{jcomments on}
Piotr Śmietański – ledwie pisał, ale „celnie” strzelał
Piotr Śmietański zapisał krwią patriotów karty więzienia na Mokotowie w Warszawie. Tu działał i mordował. Poza kilkoma skąpymi faktami, niewiele o nim wiadomo. Urodził się 27 czerwca
1899 w Zawadach, w chłopskiej rodzinie Władysława i Anny. Nie wiemy, jak wyglądała jego młodość ani jakie były jego losy w czasie wojny. Na podstawie strzępków informacji możemy się jednak domyślać, że rodzina Śmietańskich do najzamożniejszych nie należała, a sam Piotr był z gatunku tych, co to „nie matura, lecz chęć szczera…” Fakt niskiego pochodzenia Śmietańskiego potwierdzają też protokoły wykonania wyroków, z których wynika, że był on ledwie piśmienny. Oznacza to, że Śmietański szybko zakończył swoją edukację, a zaraz po wojnie poświęcił się wyłącznie karierze w UB.
Ubecka kariera
Nie wiadomo, jak Śmietański trafił do UB i to od razu do Warszawy. Może czymś się ubekom zasłużył… Faktem jest, że karierę zaczął jeszcze przed zakończeniem wojny – już 17 stycznia 1945 roku (a więc w dniu „wyzwolenia” zrównanej z ziemią i opuszczonej przez Niemców Warszawy), został funkcjonariuszem sekcji VII wydziału I (kontrwywiad) Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie w randze wywiadowcy. Wywiadowca oznaczał szpicla, składającego donosy na sąsiadów. Celem sekcji VII było tropienie „szpiegów”, volksdeutschów i innych „elementów wywrotowych”, w praktyce – każdego, kto w jakikolwiek sposób nie podobał się nowej władzy. Śmietański musiał się bardzo starać, bo szybko pokonywał kolejne szczeble kariery – od 21 lipca 1945 pełnił funkcję referenta w sekcji specjalnej (też podejrzane „stanowisko”, skoro Śmietański ledwie pisał), od 1 stycznia 1946 oddziałowego, od 1 lutego 1946 wywiadowcy w sekcji 1 (realizacja) wydziału IV A (śledczego) a od 3 sierpnia 1946 – agenta zaopatrzenia w wydziale gospodarczym. Od 1 lutego 1947 pozostawał do dyspozycji szefa i w randze starszego sierżanta był dowódcą plutonu egzekucyjnego w Więzieniu Mokotowskim. W praktyce, zarówno sformułowanie „pozostawał do dyspozycji szefa”, „dowódca plutonu egzekucyjnego” czy używane rzadziej – „oficer
do zleceń” – oznaczało jedno i to samo – funkcję kata. W więzieniu mokotowskim nie było żadnego plutonu egzekucyjnego. Mordował tylko Śmietański. Metodą wypróbowaną i podpatrzoną u radzieckich towarzyszy – jednym strzałem w tył głowy. W ten sposób wykonał egzekucję m.in. na Rotmistrzu Witoldzie Pileckim, zastrzelił Hieronima Dektowskiego ps. Zapora i jego żołnierzy: Rysia, Żbika, Mundka, Białego, Junaka i Zawadę. Mokotowska legenda głosi, że ubecy wrzucili majora Zaporę do worka, worek powiesili pod sufitem i w ten sposób przeprowadzili egzekucję. Czy to prawda, wiedział tylko Śmietański.
Dalsze losy
Nie wiadomo dokładnie, kiedy Śmietański odszedł z UB, ani co robił potem. Informacje na temat jego dalszych losów są bardzo sprzeczne – część źródeł podaje, że jak wielu innych zbrodniarzy z UB wyjechał do Izraela, według IPN zmarł jeszcze w 1950 roku na gruźlicę. Która z nich jest prawdziwa? Na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Z całą pewnością to zatracie śladów nie jest przypadkowe. Na polskiej stronie Wikipedii do dziś nie ma nawet jego zdjęcia. Kto chce je zobaczyć, musi wejść na strony anglojęzyczne.
Wykłócał się o „zlecenia”
Funkcję kata po Śmietańskim przejął sierżant Aleksander Drej. O nim również wiadomo bardzo mało. Drej urodził się 27 listopada 1905 roku w Warszawie jako syn Bronisławy i Wincentego Drejów. W czasie II wojny światowej należał do Armii Ludowej, w której dosłużył się stopnia sierżanta. W Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego pojawił się miesiąc po Śmietańskim – 15 lutego 1945 roku. W latach 1945-1947 pełnił funkcje referenta i kuriera a 1 lutego 1947 roku został „przydzielony do dyspozycji szefa”. W latach 1947-1954 będąc oficjalnie przydzielonym do dyspozycji Szefa Urzędu, Wydziału I, Ekspozytury Kolejowej, Wydziału II, Wydziału Ogólnego, Wydziału IV Warszawskiego WUBP pracował jako kat w więzieniu na Mokotowie wykonując wyroki śmierci strzałem w potylicę. Ludzi mordował już „za czasów” Śmietańskiego, tyle że wtedy, był wysyłany na prowincję. Zachowało się przynajmniej jedno świadectwo jego zbrodni popełnionych poza Warszawą. Miało to miejsce w Płońsku, dokąd Drej przybył późnym wieczorem
19 lutego 1947 roku. Osadzeni w tamtejszym więzieniu dowiedzieli się, że przyjechał ważny funkcjonariusz UB z centrali. W Płońsku byli osadzenie żołnierze Ruchu Oporu Armii Krajowej – Bronisław Urbański ps. Andrzej, „Ślepy”, Zygmunt Ciarka „Sowa” i Marceli Gajewski „Mściciel”. Wszyscy 9 grudnia 1946 roku zostali skazani na śmierć przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie. Jednak nawet strażnicy mówili im, że nie wyrok nie będzie wykonany – za trzy dni w życie wchodziła przecież amnestia. Strażnicy albo kłamali, albo sami nie wiedzieli, że amnestia tych skazanych nie obejmie. Około trzeciej w nocy Drej i inni funkcjonariusze więzienni wyprowadził całą trójkę na zaplecze płońskiego aresztu. W pobliżu należącej do zakładu karnego chlewni Drej otworzył ogień. Najpierw posłał do nich serię z karabinu, potem wyciągnął pistolet i dobił każdego strzałem w głowę. Ciała wrzucił do dołu, wyżłobionego przez strumień gnoju i błota, wylewających się z chlewni, po czym przykrył je jeszcze jedną warstwą gnoju. Wykonawszy zadanie Drej spokojnie wrócił do stolicy i kontynuował mordowanie. To on zastrzelił Antoniego Olechowicza „Podhoreckiego” – ostatniego komendanta AK okręgu wileńskiego, majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, ppłk. Łukasza Cieplińskiego – prezesa zarządu WiN, byłego więźnia KL Auschwitz – Tadeusza Cieślę, który w obozowej konspiracji działał razem z rotmistrzem Witoldem Pileckim i wielu innych. Podobnie, jak w przypadku Śmietańskiego liczba jego ofiar jest trudna do ustalenia. Drej mordował aż do 1957 roku, kiedy to przeszedł do milicji obywatelskiej, której szeregi musiał opuścić w listopadzie 1957 roku z powodu braku „przygotowania do służby w MO”, gdyż „przez okres służby w BP st. sierż. Drej wykonywał zlecenia specjalne”. Zbrodniarza hojną premią nagradzała ludowa ojczyzna – w latach pięćdziesiątych Zarządzeniem nr 19 MBP za ofiarną pracę w zwalczaniu wrogiego podziemia otrzymał premię w wysokości 30 tys. ówczesnych złotych (prawie dwuletnia średnia pensja). Wtedy była to kwota oszałamiająca. Drej wykłócał się zresztą o nagrody za każde „zlecenie” i chciał mieć ich jak najwięcej. Za każde dostawał więcej, niż wynosiła nauczycielska pensja. Co się z nim działo potem, nie wiadomo. Poza jednym – ten morderca także nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie – zmarł „w latach dziewięćdziesiątych” w Warszawie. Wolna Polska nie tylko nigdy nie kazała mu za zbrodnie odpowiedzieć, ale też była dla niego bardzo szczodra – Drej do końca życia pobierał resortową emeryturę dla szczególnie zasłużonych.
Kat pedant
Powszechnie panuje opinia, że Drej jest ostatnim polskim katem, którego nazwisko jest znane, ale to nieprawda. Jest przynajmniej jeszcze jeden – Wacław Ziółek, urodzony 2 października
1927 roku, zastępca naczelnika Wydziału III WUdsBP w Kielcach – od 1 września 1955 do 31 grudnia 1956 roku, zwany w UB „majorem Plamą. Ziółek nie tylko zarządzał więzieniem. Przede wszystkim osobiście torturował, między innymi – słynnego „Szarego” – Antoniego Hedę, a także jako kat mordował w więzieniach w Kielcach i Radomiu. Egzekuje wykonywał w polskim mundurze porucznika. Przygotowywał je bardzo starannie. Zachowały się informacje o jego „przygotowaniach” w więzieniu w Radomiu. W więzieniu pojawiał się po południu w przeddzień egzekucji. Kazał sobie otwierać cele ze skazańcami i przyglądał się swoim ofiarom. Oceniał, czy może mieć problem z ich zamordowaniem. Potem wychodził na zewnętrzne podwórko, sprawdzał, czy na drodze przemarszu ze skazanym nie ma zanieczyszczeń, kamieni, kawałków żelaza czy drewna. Potem szedł do garażu, gdzie mordowano – sprawdzał, czy pętla dobrze się zaciska, czy urządzenie uruchamiające zapadnię działa cicho i sprawnie. Sprawdziwszy wszystko opuszczał więzienie i przychodził następnego dnia rano. Był dobry w swoim „fachu”, więc za każdego zamordowanego dostawał od 600 do 700 ówczesnych złotych. Poza mordowaniem patriotów Ziółek zajmował się także inną „działalnością” – to on w 1946 r. z ramienia resortu uczestniczył (m.in. razem z Adamem Humerem) w prowokacji, którą PRL-owska historiografia nazwała „pogromem kieleckim”, a obecnie dla oszczerczej propagandy wykorzystuje Gross. Z końcem grudnia 1956 przeszedł do milicji obywatelskiej w której dosłużył się stopnia pułkownika. Na wysoką emeryturę przeszedł w latach dziewięćdziesiątych. Jeszcze w 2006 roku co miesiąc Polska wypłacała mordercy 4000,00 zł.
I inni
Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że bezpieka miała w całej Polsce tylko trzech katów. Tych morderców było znacznie więcej. Ale wszystkich starannie chroniono. Do dziś twarze większości z nich pozostają nieznane. Tak samo jak nazwiska i koleje losu po odejściu ze służby. Być może dziś większość już nie żyje.
Ale skoro Izrael potrafi ścigać wiekowego Demianiuka, to dlaczego Polska nie potrafi wymierzyć sprawiedliwości mordercom z UB? Choćby przez publiczne pokazanie ich twarzy i odebranie im pieniędzy, które wciąż dostają za mordowanie polskiego narodu? Tymczasem, kiedy w 2007 roku IPN zorganizował w stolicy wystawę „Twarze warszawskiej bezpieki”, na której pokazał ubeków, tak skomentował ją obecny prezydencki doradca Tomasz Nałęcz: „Naszą najnowszą historię Instytut pokazuje przez pryzmat negatywnych postaci. Znaczenie cieplej powitałbym wystawę ze zdjęciami bohaterów pozytywnych, np. działaczy opozycji demokratycznej PRL. To byłoby lepsze dla młodych: pokazywało wzory do naśladowania, niebo a nie piekło”. Jak widać Nałęcz niechętnie przyjmuje pokazywanie ubeków. Czyżby wywodzącemu się z najczerwieńszej komuny Nałęczowi przeszkadzało pokazywanie jej ojców?
Źródła:
Tadeusz M. Płużański „To oni strzelali w tył głowy”, WWW.asme.pl
„Twarze kieleckiej bezpieki” WWW.ipn.gov.pl
Jan Fusiecki „Wystawa Twarze Warszawskiej Bezpieki”, 27.04.2007, WWW.warszawa.gazeta.pl |