| Przewrócony krzyż… |
| Andrzej Leja |
| piątek, 10 lutego 2012 08:26 |
|
Tymczasem te chwile, podczas których nie jestem w stanie znieść widoku tego poniżenia, które zgotowano krzyżowi i ludziom krzyża, w kraju ponoć katolickim, przed prezydenckim pałacem, zapamiętam już na zawsze. Jako sceny polskiej hańby… Nie uda się ich wymazać ot tak sobie. Obrazki z biczowaniem jakiegoś rozebranego błazna, dźwigającego wystrugany krzyżyk, będą już scenami polskiej hańby na stałe. Tak jak i inne „dziełka” tarasowych rechoczących idiotów. Znany wszystkim krzyż z puszek po piwie, bezwstydne dziewoje, którym do głowy nawet nie przyjdzie jak bardzo są w tym co robią żałosne (bosonoga blondynka – sic!), wielu pijanych żuli, gotowych na każde wulgarne świństwo dla tych swoich pięciu minut, gdy kretynów takich jak oni potrzebowała dla swojej ideologicznej chorej walki Wybiórcza…
W ostatnim teatrze telewizji ważna sztuka. Ostateczne rozwiązanie Franka Piersona z udziałem takich wspaniałych aktorów jak Kenneth Branagh. Dramat oparty na stenogramach rozmów przywódców hitlerowskich na temat rozwiązania „kwestii żydowskiej”. Wstrząsający…Do dziś brzmi mi w uszach głośny rechot faszystowskich oprawców (byli wśród nich lekarze, dowódcy, same najważniejsze persony) po końcowym już uzgodnieniu „ostatecznego rozwiązania”. To jest ten sam rechot, który słyszałem pod pałacem, rechot pogardzających krzyżem istot…
Grzeczność gospodarzy, czy współczesny Makbet? Oto ktoś odwiedza nasz dom. Jako gość. A my walimy go kawałkiem metalowej brzozy po głowie i kradniemy mu komórkę, by potajemnie odczytać numery kontaktowe zapisanych telefonów. Analizujemy treść sms-ów. Sprawdzamy, kto dzwonił do naszego gościa, zaś jeszcze wcześniej, zanim nas odwiedził, zakładamy mu podsłuch… No, słowem – Gość w dom, Bóg w dom. Tylko po sowiecku.
Że niemożliwe? Ależ w kulturze sowieckiej takie słowo nie istnieje. U nich wszystko możliwe. Problem w tym, że ogromna rzesza Polaków boi się chyba o tym pamiętać… Czy z tego strachu można zachowywać się aż tak niegodnie? I jeszcze drugie pytanie. Czy kiedyś świat pozna prawdę?
Kantówka klejona… Sporo ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o Polsce jadąc zwykłą trasą E-1. Co i rusz stoi przy drodze, nawet w miejscach zupełnie bezpiecznych, fotoradar, którego najważniejszym celem jest ograbienie kierowcy z jego gotówki. Z głupawym uśmiechem (kto widział, ten wie o czym piszę) i rozbrajającą szczerością przyznał to nie tak dawno sam wiceszef komisji finansów poseł Neumann, który rzekł, że państwo potrzebuje tych pieniędzy i że powinna wpłynąć do budżetu istotna kwota z fotoradarów. I to jest właśnie ta zapowiadana przez Tuska i platfusów ich ofensywa w sprawie poprawy warunków i bezpieczeństwa na polskich drogach. Kiedyś Tusk szyderczo ironizował, iż PiS nie buduje autostrad tylko stawia fotoradary, tymczasem sam cichaczem buduje foto-radarowe imperium. Zaś usłużni anty-dziennikarze (na własne uszy słyszałem) tłumaczą „idiotom”, iż fotoradary obniżyły już w Polsce ilość śmiertelnych wypadków, więc rozmieszczanie ich w ogromnej ilości jest jak najbardziej uzasadnione, po czym na ekranie pojawiają się liczby zabitych na drogach Polaków: w 2010 – ponad 3 tysiące, w roku 2011- ponad 4 tysiące. Idiota się przecież na manipulacji i kłamstwie nie pozna. Wczoraj, jadąc trasą E-1 do Łęczycy, kątem oka spostrzegłem wielki szyld z napisem: Orliki 2012. A na tym samym szyldzie nieco niżej: Kantówka klejona. Kurczę, pomyślałem, Orliki i kantówka. Jakież to symboliczne określenie Tuskolandii, której władcy kantują jak nikt. Jedyna nadzieja, że to się im jednak nie sklei!
Muzyka istnienia… Czy współcześni władcy Tuskolandii myślą czasem o swoim życiu w kategoriach własnych życiowych osiągnięć? Czy są może dumni z siebie, bo tak wiele osiągnęli w zakresie wymiernych korzyści finansowych i tak wysoko usiedli na stołkach? Czy są też dumni z tego specyficznego „systemu kłamstwa”, który stworzyli w ramach propagandy licznych sukcesów, tak licznych, że cenę za te „sukcesy” będą płacić pokolenia Polaków? I wreszcie ostatnie pytanie: Czy mają świadomość krzywdy wyrządzonej polskiemu narodowi? Jaka „muzyka istnienia” gra w ich umysłach i sercach?
Sięgnijmy do Szekspira. To nie tylko wielki dramaturg, ale również znawca ludzkiej duszy i sumienia. To Szekspir postawił dość oczywiste pytanie w Ryszardzie II: Jak kwaśną staje się muzyka słodka, gdy fałsz w niej słychać i miara zaginie?. Po czym sam odpowiada: „Tak jest z muzyką ludzkiego istnienia!”. Jaka jest muzyka istnienia władców tej koszmarnej Tuskolandii i dlaczego w niej fałsz za fałszem goni? Czy wiedzą na przykład, że ze szpitala (znam adres szpitala) wypisuje się po chemii ciężko chorych na raka o godzinie 10:00, po czym każe się im czekać w poczekalni na wypis, który następuje o 14:00? Czy wiedzą, że tak niegodnych człowieka przypadków w ich Tuskolandii nie da się już policzyć? A jeśli wiedzą, to jaka jest ich muzyka istnienia.
Gdzie jest Rokita? I czym się teraz zajmuje? Przyznaję, że bardzo mi brakuje Rokity w życiu politycznym Polski. Szanuję go (pamiętam, pamiętam jego niezbyt chlubne wypowiedzi i jego „działalność” w rządzie Suchockiej!), wręcz mam do niego słabość (o czym świadczy fakt, że piszę już o nim w zapiskach po raz trzeci) od czasu sławetnej komisji Rywina. Z jednej strony to mu się nawet nie dziwię, że zniknął, bo honorowy był z niego facet. A uczestnictwo w platfusowej polityce miłości a rebours i przyjmowanie ciosów Tuska to jednak dyshonor dla poważnego polityka. Ktoś taki jak Rokita, ze swoją propaństwową filozofią i dużymi ambicjami, mógł mieć tego serdecznie dosyć. I to do tego stopnia, że nawet wizja niepoważnego szydełkowania czy też mocowania się z maszyną do szycia, nie była mu straszna (A że się był wygłupił z tym szydełkowaniem to już jakby „insza inszość”). Z drugiej jednak strony, ta Rokitowa paniczna wręcz ucieczka od polityki, to jednak trochę tchórzostwo i wygodnictwo z jego strony. Najpierw schował się był wygodnie pod spódnicę żony, a teraz już kompletnie zniknął z tym swoim „talentem i zmysłem politycznym” i zaszył się w mysią dziurę. Pytam więc, gdzie jest? Bo tylko raz pokazał się w znaczący sposób, ujawniając na kogo głosował w wyborach prezydenckich i dlaczego to był Jarosław Kaczyński. Pół prawej Polski się śmiało z jego ostrzegawczego, acz groźnie brzmiącego: „przecież znam Bronka”. I jak to z Rokitą bywa – wiele nam przy tej okazji powiedział! Czekam na więcej…
Gatunek człowieka, czyli o Złotym klakierze! Nie chodzi mi o taki klasyczny homo sapiens, o nie! Ten, o którym chcę wspomnieć, to gatunek nierozumny, który nazwałbym „celebrycko-pokazywackim”. Taki gość lub taka żenścina, należący do tego gatunku „wybranych przez siebie samych” (na zasadzie: ty wskażesz mnie, ja wybiorę ciebie. Ty mi wręczysz Złotą Malinę, ja tobie Złotą Czcionkę czy też inną Złotą Pierdółkę), już tak mają, że muszą się pokazywać. Gdzie? Ano gdziekolwiek. Wezmą przecież udział w każdej imprezce, łącznie z tą promującą nową pastę do zębów, bo przecież zdjęcia z bibki ukażą się w piśmie „Moja piękna twarz i dlaczego najpiękniejsza?”, no i kasa-misiu się zgadza. Ale głównie jednak biegają na gale i galki, podczas których na zmianę wręczają sobie kolejne już, wciąż nowo wymyślane „polskie oskary”. I chociaż są ich już setki, to przecież celebrytów jak „mrówków” i na przykład Mysia-Pysia jeszcze Złotej Śliny nie dostała. I tak niemal codziennie, Złota Muszla, Super Durszlak, Złoty Klakier, Super Fakier, Super Wiktor, Złoty Cielec, jest ich wiele. Telekamera, czy też miedziana Jutro Kariera…a tymczasem celebryci i celebrytki dostają małpiego rozumu. A wychodząc po nagródkę przed oblicze ludzi, których widziało się na podobnych imprezkach już setki razy, wylewa się krokodyle łzy i dziękuje się mamie, bo urodziła, Frankowi i Józkowi, bo zauważył, a później bywa, że znieważył, Brońci i Fruńci, bo napisały coś tam, coś tam, cioci Fruzi, bo rozumiała, a babci Rózi bo krytykowała, bądź nie, ale to nie ma absolutnie żadnego znaczenia, tak jak nie ma znaczenia cały ten płynący z malinowych usteczek „słowotok” i owczy pęd na kolejną imprezkę. Mają oni jednak w Tuskolandii jedną ogromną zaletę – kochają Jurka i wiernie głosują na swojego guru (jak lubi mawiać aktor Kociniak) oraz na „Władysława Komorowskiego” (nie poprawiać!)
Mrzonki Mareczka… Marek Migalski coraz mocniej pracuje na to, bym zaczął wierzyć mojemu koledze z podstawówki, dziś znakomitemu chirurgowi, który ilekroć słyszy Migalskiego wykrzykuje: k…a, bredzi jak potłuczony. W każdym bądź razie to, co nasz bohater napisał był ostatnio jako bloger salonu24, ostatecznie pogrąża go jako wiarygodnego socjologa. Gdyż niepostrzeżenie stał się socjologiem-fantastą. Początek końca PO. Skupmy się wokół PJN – nawołuje w swoim blogerskim tekście – tym razem tej drugiej szansy nie zmarnujemy… Był czas, że Migalski prezentował całkiem dobre analizy socjologiczne tego, co działo się w Polsce. Jak mówi mój kolega-chirurg: te czasy już Laiza minęlli (Cabaret ze słuszną tezą). Bo i kabaret z Mareczka niezły (skupmy się wokół pejotenu) i ocena kolegi słuszna.
W ostatnim rzędzie… Podczas robienia rutynowej fotografii na zakończenie ostatniego tzw. szczytu krajów Unii Europejskiej, Tusk znalazł się na właściwym sobie, eksponowanym i pewnie według jego picusiów-glancusiów od pijaru, honorowym miejscu, bo w ostatnim rzędzie, na szarym końcu. Minę miał nietęgą, ale co tam, w końcu to „miszcz” nadrabiania miną. Przecież podniósł, jak głoszą z mozołem rządowi propagandziści typu Lis, Olejnik, Kolenda-Zaleska, michnikowcy, Żakowski i im podobni, znaczenie Polski na arenie międzynarodowej i w samej Unii w sposób ogromny, ba, określenie jednak zbyt skromne, poprawmy – baaardzo ogromny. I stąd pewnie to fotograficzne wyróżnienie. Jak sobie przypominam, Jarosław Kaczyński zawsze stawał w pierwszym rzędzie obok najważniejszych polityków Europy. Podpowiem propagandystom – zacznijcie tłumaczyć jakie to ważne stać z tyłu, w ostatnim rzędzie. To nic, że widzi się plecy innych szefów rządów. Z tyłu widać lepiej.
Jacek Kwieciński… To był mój ulubiony dziennikarz. W zasadzie nie przypominam sobie (a czytam go od samego początku ukazywania się Gazety Polskiej, z przerwą w okresie późnego Wierzbickiego), bym kiedykolwiek nie zgadzał się z tym, co napisał. Zarówno w sprawach Polski, jak i tematach amerykańskich. Podobnie jak On, jestem Reaganistą. Łączyło nas jednak przede wszystkim przywiązanie do tych samych Wartości. Odrzucaliśmy tych samych ludzi i równie mocno wkurzała nas polityczna poprawność. To od jego Odcinków zaczynałem lekturę Gazety Polskiej. Bez Jacka Kwiecińskiego to już, niestety, będzie inna gazeta. I chociaż ponoć nie ma ludzi niezastąpionych, to kto inny napisze coś tak intrygującego, prawdziwego i głęboko refleksyjnego jak właśnie Odcinki? Był świetnym i krytycznym obserwatorem Tuskolandii. Nikt tak jak on nie potrafił w krótkiej notce napisać o ważnej sprawie. Miał 68 lat. Jaka strata, jaki żal… |
| Ład jako sprzeciw wobec bezładu i bezsensu |
|
| HISTORIA DLA IDIOTÓW I PROSTACZKÓW |
|
| Misja życia Antoniego Macierewicza |
|
| Prof. Ireneusz Krzemiński, czyli „Pomidor” lub „dziadka kalesony”? |
|
| Kiedy już głupcy przejrzą na oczy… |
|
| Czas łotrów i szubrawców |
|
| ZAPROSZENIE Na Dzień Otwarty W WYŻSZEJ SZKOLE TURYSTYKI I JĘZYKÓW OBCYCH W WARSZAWIE |
| Pozostała nam tylko ulica |
| CZAS NIEODWRACALNEJ RADOŚCI |
|
| Kiedy przeproszą za rabina? |
Nazwał Jana Pawła II starym, śmierdzącym chu..m i głupim Polakiem. Czy to nawoływanie do nienawiści? |
| Tusk to obciach |
Wygląda na to, że era „płemieła” właśnie dobiega końca |
| BO NAJPIĘKNIEJ MILCZY TRUP... |
|
| 21 730 samobójców pod rządami Tuska |
|
| Zamiast „schować babci dowód” zabiorą Tuskowi władzę? |
|
| Polityczna świnia działająca na szkodę polskiego prezydenta |
|
| Coś wisi w powietrzu..., kiedy władza staje się śmieszna |
|
| PO, czyli POlska Poniżona i Ośmieszona |
|
| Posypała się narracja |
|
| CO DALEJ? |
|
| Boże, przybądź nam z pomocą |
|
| WYDARZENIA | POLITYKA | KRAJ | HISTORIA | WARSZAWSKA ALEJA | KULTURA | ZDROWIE I URODA |
| Warszawska Gazeta 2011 | REKLAMA | PRENUMERATA | KONTAKT | do góry
|