Reklama

Jak Żydzi piszą historię naszego bohaterstwa
Krzysztof Osiejuk   
piątek, 17 lutego 2012 14:32

 

Kiedy przeczytałem kilka poważnych recenzji najnowszego filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, z których wszystkie jednym głosem ogłosiły, że oto powstał film znacznie lepszy zarówno od „Pianisty” Polańskiego, jak i „Listy Schindlera” Spielberga, wiedziałem, że to musi być jakaś bardzo ciężka bzdura. Agnieszka Holland nie jest w stanie, nie dość, że nakręcić filmu lepszego od tych dwóch, to nawet filmu dobrego, z wyżej przedstawionego względu – Spielberg i Polański, co by o nich nie mówić, to jednak artyści, natomiast Holland jest dziś wyłącznie człowiekiem do wynajęcia i politycznym celebrytą. Trochę tak, jak, przy całym szacunku, zmarła niedawno Wisława Szymborska.

 

 

Współczesne polskie kino interesuje mnie dokładnie tak samo jak współczesna polska literatura, czy współczesna polska rozrywka, a więc w ogóle. Kiedy się dowiaduję, że oto na ekrany kin wchodzi film, który stanowi najzabawniejszą komedię od czasu nawet nie „Testosteronu”, ale „Samych swoich”, wzruszam ramionami. Kiedy czytam, że oto reżyser słynnego „Dnia świra” nakręcił film jeszcze lepszy i jeszcze mądrzejszy od tamtego, wiem, że on prawdopodobnie od oryginału będzie jeszcze gorszy i jeszcze głupszy, i to wcale nie dlatego, że tamten był taki wybitny, ale dlatego, że zło i głupota mają to do siebie, że się lubią wzajemnie napędzać. I stamtąd już dobrego wyjścia nie ma.

 

Jest jeszcze gorzej. Kiedy słyszę, że nasi najwybitniejsi artyści kina, czyli Andrzej Wajda czy Agnieszka Holland pracują nad nowym filmem, dzięki któremu, on powtórzy artystyczny sukces „Brzeziny”, a ona „Aktorów prowincjonalnych”, wiem, że to nieprawda. To znaczy, prawdą jest być może to, że pracują, natomiast nie ma takiej możliwości, by oni powtórzyli jakikolwiek swój wcześniejszy sukces. Z tej to mianowicie prostej przyczyny, że oni od lat już nie są artystami, lecz wyłącznie emisariuszami wielkich politycznych interesów w sferze tzw. kultury. A więc ludźmi, którym talent i artystyczna wyobraźnia nie są do niczego potrzebne, bo każdy swój ruch i każdą swoją myśl mają starannie zaprojektowane w jakimś tam ichniejszym ministerstwie planowania. Konsekwentnie więc, kiedy przeczytałem kilka poważnych recenzji najnowszego filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, z których wszystkie jednym głosem 

ogłosiły, że oto powstał film znacznie lepszy zarówno od „Pianisty” Polańskiego, jak i „Listy Schindlera” Spielberga, wiedziałem, że to musi być jakaś bardzo ciężka bzdura. Agnieszka Holland nie jest w stanie, nie dość, że nakręcić filmu lepszego od tych dwóch, to nawet filmu dobrego, z wyżej przedstawionego względu – Spielberg i Polański, co by o nich nie mówić, to jednak artyści, natomiast Holland jest dziś wyłącznie człowiekiem do wynajęcia i politycznym celebrytą. Trochę tak, jak, przy całym szacunku, zmarła niedawno Wisława Szymborska. 

 

Nie poszedłem więc do kina na najnowszy film Agnieszki Holland. Ryzyko, że cała ta eskapada skończy się tak, 

że ja po kilkunastu minutach będę musiał wyjść z kina, i w ten sposób stracę swoje 20 zł, było zbyt duże, a poza tym ja – już nawet z tych entuzjastycznych recenzji – wiedziałem, co tam na mnie czeka. Mianowicie opowieść o tym, jak to pewien lwowski kanalarz, cynicznie, z rządzy zysku i za ciężkie pieniądze, opiekował się grupą kilkunastu Żydów, ukrywających się przed Niemcami w kanałach, ale przez ten swój kontakt z ludzkim nieszczęściem, przeżył oczyszczenie, i ostatecznie postanowił, że on od nich nie będzie brał pieniędzy i będzie ich chronił za darmo. Ale nie tylko o tym. Opowieść też o tym, jak to pewien Polak udowodnił sobie i światu, że człowiek swoją wielkość nosi w sobie, i to wbrew wychowaniu, wbrew środowisku, i wbrew kulturowej determinacji. Jak to niejaki Socha – Polak i katolik – pokazał sobie i nam, ze są wartości większe niż wiara, ojczyzna i wierność narodowemu dziedzictwu. Że można osiągnąć zbawienie, nawet gdy się jest już tylko tym jedynym sprawiedliwym. Ja nie muszę słuchać słowa Agnieszki Holland, by umieć ocenić prawdziwość tej historii. 

 

Muszę jednak przyznać, że w zdarzeniu tak właśnie pokazanym jest coś co może uwieść. Bo czyż nie jest tak, że powinniśmy pomagać ludziom z dobroci serca, a nie dla własnej korzyści? Czy może to nieprawda, że wystarczy choć odrobina tej dobroci, choćby jej podmuch, by człowiek stał się lepszy. Czy wreszcie nie jest czymś oczywistym, że ów Socha, lwowski kanalarz, źle robił, chroniąc tych Żydów, bo widział w tym swój interes, natomiast postąpił dobrze chroniąc ich, kiedy tego interesu już nie było? No i najważniejsze – czy to jednak nie szlachetne ze strony Agnieszki Holland, Żydówki i osoby, dla której polskość nie przedstawia przecież większej wartości, że ona postanowiła spopularyzować w świecie postać dobrego i szlachetnego Polaka? Nawet jeśli on tę swoją dobroć i szlachetność otrzymał niejako w darze od znajdujących się na jego łasce i niełasce Żydów? Tu naprawdę jedyne co nas może jeszcze interesować, to to, czy ten film jest zwyczajnie dobrze nakręcony i zagrany.

 

Otóż nie. Sprawa wygląda zupełnie inaczej. A ja to wiem, bo naprawdę bardzo się postarałem, by poznać historię przedstawioną w filmie „W ciemności” z relacji o wiele bardziej bezpośrednich, niż tej, jaka mi została dostarczona przez reżimową reżyser i zaprzyjaźnionych z nią recenzentów. Przeczytałem mianowicie książkę autorstwa Roberta Marshalla „W kanałach Lwowa”, na podstawie której to podobno Holland nakręciła swój film, ale też wysłuchałem niemal półgodzinnej relacji Krystyny Chigier, dziś już jedynej żyjącej bohaterki tamtych czasów, gdzie ona przedstawia to co wie i pamięta. I jeśli dziś zestawiam te dwie opowieści i to, co słyszę o filmie Holland od osob, które zaryzykowały i ten bilet jednak kupiły, to wniosek nasuwa mi się jeden. Ona miała temat wielki – można powiedzieć, że największy – i go najbezczelniej w świecie zmarnowała, wyłącznie dlatego, że jej interes, a interes prawdy, to są dwa zupełnie inne interesy. Ciekawe jest też to, że nawet w nocie z tyłu okładki wspomnianej książki Marshalla jest napisane, że Socha z początku pomagał żydowskim rodzinom cynicznie i z rządzy zysku, podczas gdy prawda jest taka – i ona w książce jest przedstawiona jednoznacznie – że on najpierw im pomagał za darmo, wręcz ofiarując im swój czas, zdrowie i siły, natomiast pod koniec, dodatkowo jeszcze, ich zwyczajnie utrzymywał za swoje ciężko zarobione pieniądze. W tej książce jest to przedstawione wyraźnie jak byk, z buchalteryjną wręcz precyzją, i to samo też zaświadcza we wspomnianym dokumencie Krystyna Chigier. 

 

Jak więc było? Otóż Socha miał w pewnym momencie na utrzymaniu 21 osób i przez 14 miesięcy, za pieniądze, które najpierw dostawał od nich, a później swoje własne, kupował im żywność, i tę żywność przynosił im niemal w zębach. A należy pamiętać, że to nie było tak, ze on szedł do sklepu, kupował co trzeba, pakował towar do reklamówek, i całość dostarczał na miejsce. To była okupacja. To była nędza, pieniądz praktycznie nie istniał i większość handlu odbywała się w drodze wymiany, lub handlu całkowicie pokątnego. To była okupacja, i nie było tak, 

że Socha zachodził do sklepu i kupował towar dla ponad dwudziestu osób za pieniądze, których sam nie był w stanie zarobić, i niczym nie ryzykował. Dostarczanie przez ponad rok pożywienia dla tylu ludzi, w dodatku ludzi, których, w ówczesnej sytuacji, utrzymywanie się przy życiu było aktem całkowicie nielegalnym, a wręcz kryminalnym, równało się szaleństwu. W swojej książce, Robert Marshall przedstawia bardzo solidne wyliczenia, pokazujące, jakie tam wchodziły w grę pieniądze. Socha, jako kanalarz, mógł zarabiać około 150 zł. miesięcznie. 

Od Chigiera dostawał dziennie 500 zł., a więc możnaby było sądzić, że dziennie on i jego dwaj koledzy, z którymi działał na rzecz ukrywających się Żydów, otrzymywali wysokość swoich miesięcznych zarobków. Jednak wedle szacunków przedstawionych przez dr. Bullena z Imperial War Museum w Londynie, uwzględniających polityczne i gospodarcze realia okupowanego Lwowa, w ostatecznym rozrachunku, on i obaj koledzy kanalarze, na tym „biznesie” mogli zarobić nie więcej niż bochenek chleba dziennie. 

 

A należy pamiętać, jak owo dostarczanie pożywienia wyglądało. Marshall opisuje je tak:

 

„Socha zajmował się oficjalnie utrzymywaniem w dobrym stanie lwowskich kanałów Kowalow, który był jego przełożonym, sprawdzał ich stan z ulicy. Do włazu spuszczano mała lamę naftową z przyczepionym do niej lusterkiem, dzięki któremu można było z góry obserwować płomień. Jeśli stał się on niebieski, oznaczało to, że kanałach pojawił się metan i należy zachować ostrożność. Następnie do kanału schodził Stefek Wróblewski i czekał, aż koledzy podadzą mu torby, w których znajdował się chleb i ziemniaki”. 

 

Sam Chigier tak opisywał przybycie Sochy i pozostałych: 

 

„Słyszeliśmy, jak zaczynają pełznąć w wodzie i błocie, na pół godziny przed ich przybyciem. Przeciskali się kilometr rurą o grubości czterdziestu centymetrów, trzymając torby pod pachą i lampy w zębach. Kiedy w końcu pojawiali się u nas, byli zziajani i wyczerpani”.

 

W swojej wypowiedzi dla TVP, Krystyna Chigier opowiada, że kiedy Socha wychodził z domu do pracy, jego żona przygotowywała mu kanapki. I on przychodził do nich z tymi kanapkami i każdą z nich zawsze dzielił na pół, by podzielić się z ukrywającymi się w kanałach dziećmi. Dziś pani Chigier mówi, że ona do dziś pamięta smak tamtych kanapek. Ale mówi coś jeszcze. Otóż, jak sobie można wyobrazić, w tych kanałach wszędzie żerowały wszy i wszelkie inne robactwo. I Socha regularnie zabierał od ukrywających się tam Żydów brudne, zawszone i zarobaczone ubranie, pakował je do worków, następnie w zębach wynosił je na zewnątrz, zanosił do domu, gdzie jego żona wszystko wygotowywała, prała i suszyła, a następnie Socha wkładał to z powrotem do worków i, znów w zębach, „swoim”, jak ich nazywał, Żydom, odnosił. I to wszystko za wspomniany wcześniej bochenek chleba. 

Czy on to może robił ze złością? 

Czy on może narzekał na swój los? Czy może on dawał Żydom odczuć, że przez nich musi się męczyć. Wedle relacji Krystyny Chigier – nigdy. On zawsze był radosny i uśmiechnięty. Ona wciąż wspomina ten jego uśmiech, te białe zęby i tę radość. Natomiast Marshall pisze o jednym przypadku, kiedy Socha wpadł w marny nastrój. Otóż któregoś dnia Żydzi postanowili mu powiedzieć, że to co oni za swoje pieniądze dostają, to za mało. Że warunki, w jakich oni muszą żyć, są niedobre, żarcie złe, i że, ogólnie rzecz biorąc, oni nie dostają tego, za co płacą. 

To wtedy zobaczyli przed sobą Sochę, wcześniej „zawsze uśmiechniętego, przynoszącego im spokój i nadzieję”, po raz pierwszy i jedyny, „pełnego goryczy i wzruszonego do łez”. I, jak pisze Marshall, 

to od tego czasu można było zauważyć, że Socha stracił dla tego co robił entuzjazm. A mimo to, swoje zadanie wypełnił do końca. Zawsze z tym uśmiechem i radością.

 

W końcu przyszedł dzień, kiedy skończyły się pieniądze. I wiadomo było, że jeśli Socha i jego koledzy kanalarze mają dalej robić to co robią, to już tylko na własny koszt i na własne ryzyko. 

I to właśnie wtedy, Socha zaczął sam utrzymywać ukrywających się w kanale Żydów. Od tego momentu on tam przychodził już nie za darmo, ale za ciężkie pieniądze i ciężkie ryzyko. Tyle że jedno i drugie swoje. A mamy coś jeszcze. Otóż po paru dniach, kiedy obaj jego koledzy zostawili go samego, najpierw jeden, a potem też drugi, pojawili się znowu. I Sosze pomagali. 

 

Co z tego mamy w filmie Agnieszki Holland? Jak mówię, ja go nie widziałem i oglądać nie zamierzam, natomiast rozmawiałem z ludźmi, którzy, owszem, widzieli, więc wiedzą. I z wszystkich relacji jakie udało mi się zebrać – i to bez względu na to, czy to od osób, którym się film podobał, czy którzy uważają go za byle jaki – wynika, że z tego co zostało przedstawione wyżej, nie ma praktycznie niczego. Jest oczywiście Socha, są Żydzi, których on chroni, natomiast ile razy pytałem o to, czy o tamto, dowiadywałem się, że nie – tego akurat nie ma. Natomiast, owszem, tam co kilka minut ktoś się z kimś jak najbardziej – a jakże! – pieprzy, a z nad kanału nieustannie – a jakże! – słychać odgłosy Mszy Świętej akurat odprawianej w kościele, który, tak się złożyło, stał sobie nad tym kanałem. 

 

To akurat też jest typowe. Krystyna Chigier, owszem, wspomina o tym, że nad nimi był kościół, natomiast ani jednym słowem nie skarży się, że oni musieli słuchać kościelnych pieśni. Jedyne odgłosy, jakie relacjonuje, to głosy bawiących się dzieci i ciągle zapewnienia Sochy, że i ona któregoś dnia będzie się mogła z nimi bawić. Oczywiście, Agnieszce Holland te dzieci są do niczego potrzebne. Natomiast ona musi mieć ten kościół. Jako symbol, ale przede wszystkim efekt. I to jest bardzo typowe. Przede wszystkim to, że z tak pięknej historii, nie zostało praktycznie nic. Że ona, w jakże typowy sposób, wszystko od początku do końca zmarnowała. Ale coś jeszcze. Że to najprawdopodobniej było przez Holland zamierzone. Jej prawdziwa historia Leopolda Sochy i jego dwóch kolegów, lwowskich kanalarzy, ani tak naprawdę nie zainteresowała, ani też zainteresować nie mogła. W końcu ani to jej życie, ani jej biznes. Dla niej, ciekawe i inspirujące w niej było tylko to co mogło służyć jej antypolskim wyobrażeniom. No i oczywiście ten seks. Gdyby ktoś się znudził. 

 

 
Ład jako sprzeciw wobec bezładu i bezsensu

 

Patron Polski, święty Stanisław, biskup i męczennik jest patronem ładu moralnego w ojczyźnie. Ład moralny oznacza uznanie najwyższej władzy Boga, od którego wszelka władza pochodzi (Rz 13,1). Bóg jest źródłem władzy i prawa, dlatego Boga trzeba słuchać bardziej niż ludzi (Dz. 5,29). Zadaniem i obowiązkiem ludzkiej władzy jest poddanie się władzy Chrystusa Króla i Jego Królestwa, które nie pochodzi z tego świata (J.18,36), bo pochodzi od Boga, ale jest na tym świecie i sprawia, że świat staje się Boży i ludzki. Próba odebrania władzy Bogu natomiast sprawia, że świat staje się zarazem bezbożny i nieludzki. 

 
HISTORIA DLA IDIOTÓW I PROSTACZKÓW

 

Mamy do czynienia z tak cynicznym i rozmyślnym procesem niszczenia pamięci historycznej, że tylko ludzie pokroju Donalda Tuska byli zdolni go zainicjować i tylko ludzie uznający „Gazetę Wyborczą” za dobry „znak czasu”, mogą go skutecznie przeprowadzić.

 
Misja życia Antoniego Macierewicza

 

Do żony jednego z posłów, który zginął pod Smoleńskiem, dziesięć minut od momentu, kiedy z telewizji dowiedziała się o tragedii, dotarła wiadomość głosowa od jej męża. Poza jego rozpaczliwym wołaniem: „Asiu, Asiu”, słyszała ona potworny szum powietrza, trzaski rozpadającego się samolotu oraz głosy przerażonych ludzi.

Jak myślicie drodzy czytelnicy, dlaczego ta wiadomość nie może przebić się do wiodących mediów, za to karmieni jesteśmy podłym kłamstwem o tym, że PiS chce iść na wojnę z Rosją?

 
Prof. Ireneusz Krzemiński, czyli „Pomidor” lub „dziadka kalesony”?

 

Kiedy oglądam dzisiaj to całkiem liczne grono owych na ruską modłę zaprogramowanych pajaców, to zastanawiam się, gdzie dla tych „elit” III RP znajduje się granica podłości, nikczemności i kłamstwa, poza którą nie ośmielą się wykroczyć?

 
Kiedy już głupcy przejrzą na oczy…

 

Kiedy już prawda o smoleńskiej zbrodni dotrze do Polaków to okaże się, że prawie cała Polska tak naprawdę popierała zawsze Kaczyńskiego i była od samego początku przekonana o zamachu.Ten moment coraz szybciej nadchodzi, a wybuch nastrojów anty-POwskich nastąpi z całą mocą wtedy, kiedy elektorat Tuska pojmie w końcu, jak bardzo się ześwinił po 10 kwietnia 2010 roku, popierając ekipę zdrajców narodu, wspieranych przez medialnych zomowców i kremlowskich zbrodniarzy.

 
Czas łotrów i szubrawców

 

Wkrótce miną dwa lata od smoleńskiego zamachu. Czy ktoś rzeczywiście naiwnie sądzi, że rządzącym w Polsce nikczemnikom zależy na powrocie dowodów zbrodni do Polski? Komu, biorąc pod uwagę historię i doświadczenia kryminalistyki, organów ścigania oraz sądownictwa, najbardziej zależy na ukrywaniu dowodów przestępstwa? Odpowiedź jest jedna – SPRAWCOM.


 
ZAPROSZENIE Na Dzień Otwarty W WYŻSZEJ SZKOLE TURYSTYKI I JĘZYKÓW OBCYCH W WARSZAWIE

    Pobierz

 
Pozostała nam tylko ulica

Nie istnieje żadna szansa na obalenie tej rządzącej kliki metodami demokratycznymi czy parlamentarnymi z uwagi na panujący układ sił oraz osobę prezydenta. Nie ma takiego skandalu, afery czy nawet zbrodni, która tych szkodników odsunęła od władzy i zmusiła do dymisji. Panuje totalna bezkarność elit i ich wielka determinacja, aby nigdy nie ponieść odpowiedzialności za zbrodnie oraz krzywdy wyrządzone Polsce i Polakom.

 
CZAS NIEODWRACALNEJ RADOŚCI

 

Nie ulega wątpliwości, że człowiek, na którego rozkaz zgładzono 250 tysięcy Czeczenów, w tym ponad 45 tysięcy dzieci, odpowiedzialny za mordy etniczne, bandycki atak na Gruzję oraz aneksję Abchazji i Osetii – doskonale rozumie, na czym polega „szacunek dla zasad prawa międzynarodowego”. 

 
Kiedy przeproszą za rabina?

 

 

Nazwał Jana Pawła II starym, śmierdzącym chu..m i głupim Polakiem. Czy to nawoływanie do nienawiści? 

 
Tusk to obciach

 

Wygląda na to, że era „płemieła” właśnie dobiega końca

Minęło 100 dni od zaprzysiężenia rządu premiera Donalda Tuska. W historii najnowszej chyba żaden rząd nie sięgnął dna w tempie tak ekspresowym, jak premier Tusk i jego ministrowie.  Już blisko 2/3 Polaków uważa, że sytuacja w kraju podąża w złym kierunku, co istotne tak negatywną ocenę rząd zawdzięcza przede wszystkim ludziom młodym, pośród których aż 56 proc. jest właśnie tego zdania.

 
BO NAJPIĘKNIEJ MILCZY TRUP...

 

Jakkolwiek byśmy nie oceniali faktu śmierci płk Tobiasza, to – w kontekście tej sprawy – niełatwo zapomnieć o jednym z podstawowych przykazań tajnych służb, które mówi, że „nic nie jest tak piękne, jak milczenie”.

 
21 730 samobójców pod rządami Tuska

 

 

Kiedy 25 kwietnia 2007 roku na życie targnęła się zamieszana w aferę węglową Barbara Blida, wszystkie media odpowiedzialnością za to zdarzenie obarczyły Prawo i Sprawiedliwość. Platforma miała wyeliminować takie tragedie raz na zawsze. Tymczasem w idealnym państwie Donalda Tuska samobójstwa stają się zjawiskiem powszechnym. Zabijają się wszyscy – politycy z pierwszych stron gazet i ci lokalni, urzędnicy państwowi i sportowcy, naukowcy i wojskowi. Z tym, co dzieje się w Polsce i jak traktowani są jej obywatele nie mogą pogodzić się emeryci i ludzie w sile wieku. Lekarze biją na alarm – w społeczeństwie narasta depresja i poczucie beznadziei.

 
Zamiast „schować babci dowód” zabiorą Tuskowi władzę?

 

Coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazuje na to, że upadek ekipy ciemniaków z Tuskiem na czele oraz nauczka dla wspierających go mediów, stojących na straży szemranego establishmentu III RP, zostaną dokonane ku zaskoczeniu wszystkich, przez tych, na których plecach wieźli się oni przez ostatnie lata.

 
Polityczna świnia działająca na szkodę polskiego prezydenta

 

Podejmując swoje nikczemne działania Arabski nie tylko okazał się człowiekiem wyjątkowo małym, ale po prostu zwykłą polityczną świnią, nie liczącą się z konstytucyjnymi organami Rzeczypospolitej Polskiej, nie mówiąc o tym, że instruowani przez kogoś urzędnicy Kancelarii Premiera przez cały czas narażali życie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

 
Coś wisi w powietrzu..., kiedy władza staje się śmieszna

 

Mamy do czynienia z poruszeniem prawie-narodowym. Nagle spora grupa obywateli buntuje się przeciwko władzy i rzuca w jej kierunku hasła, które jeszcze miesiąc temu media przypisałyby „pisowcom”. Wszystko za sprawą „sukcesu” polskiej prezydencji, czyli wypracowanemu porozumieniu ACTA. Rząd chce włączyć się do walki z piractwem i chronić własność intelektualną twórców, co grozi konsekwencjami różnorakimi w Internecie, na które użytkownicy się nie godzą. Ruszyła lawina i wcale nie jest pewne, czy szybko się ona zakończy.

 
PO, czyli POlska Poniżona i Ośmieszona

 

Całe tłumaczenie Millera wzięło w łeb, więc póki, co zamknął się on na jakiś czas, do momentu, aż gawiedź zapomni, że gość pozujący na twardziela o twarzy pokerzysty, wyszedł na zwykłego, udającego powagę, wsiowego głupka.

 
Posypała się narracja

 

Zgodnie z przewidywaniami „Rzeczpospolitej” i „Gazety Polskiej Codziennie”, Instytut Ekspertyz Sądowych opublikował stenogramy z kokpitu Tu-154 M, w których nie zarejestrowano głosu gen. Błasika. Według wcześniejszych dokumentów, wojskowy miał witać się z załogą, mówić o mechanizacji skrzydeł i podawać poprawne dane z wysokościomierza. Wszystko okazało się bujdą na resorach, podstawą jedynie do rozważań dla „ekspertów” o naciskach na załogę.

 
CO DALEJ?

 

Gdy za kilka dni pojawią się „sondaże” wskazujące na wzrost poparcia dla rządu a ośrodki propagandy przykryją sens opinii biegłych warstwą łgarstw i tematów zastępczych, gdy wspólne posiedzenia polskich i rosyjskich prokuratorów przywrócą „porządek” w śledztwie smoleńskim a „przyjaźń” Moskwy i Warszawy dopełni się w projektach wypracowanych w prezydenckim BBN-ie – wszyscy staniemy wobec nieuchronnych konsekwencji pytania: co dalej? Jeśli Polacy mają „zasługiwać na więcej” – niech udzielona odpowiedź uwzględnia dotychczasowe klęski i upokorzenia. 

 
Boże, przybądź nam z pomocą

 

10 stycznia, 21 miesięcy po zbrodni smoleńskiej, którą trzeba uznać za akt wojny przeciwko Polsce, uczestniczyłem razem z misjonarzem ks. Jerzym Gardą i wspólnotą wiernych w modlitwach przy Krzyżu Pamięci, Prawdy i Nadziei na Krakowskim Przedmieściu. Po Apelu transmitowanym z Jasnej Góry, usłyszałem mądre rozważania o intronizacji Jezusa na Króla Polski.