Jak wiadomo, bezpośrednim impulsem robotniczych protestów w grudniu 1970 roku i w czerwcu 1976 roku były podwyżki cen żywności. Partia zarządzała – i z dnia na dzień we wszystkich sklepach zmieniały się ceny mięsa, wędlin i cukru. To się nazywało gospodarką sterowaną centralnie. W gospodarce rynkowej partia dzierżąca ster i jedynie słuszna nie musi niczego zarządzać. Nie przychodzi dzień zmiany cen i drastycznej podwyżki. Nic dziwnego, że społeczeństwo nie wie, że powinno się zbuntować. Brak mu impulsu.
W gospodarce wolnorynkowej (jestem jej gorącym zwolennikiem), ceny pełzną do góry powoli.
O 40 groszy drożeją serki w kubeczkach, o 80 groszy masło, o 20 groszy mleko, a o małe 5 groszy bułeczki. I tak dalej – o złotówkę szynka, o 30 groszy mąka. Niby podwyżki niezauważalne, tymczasem – jak wiadomo, grosz do grosza daje złotówki, a kilka złotych więcej codziennie w podstawowych zakupach złoży się w kilkadziesiąt złotych miesięcznie.
Dlaczego jednak mieszam w to premiera Tuska? Przecież nawet jeśli wszystko drożeje – to zapewne jest to nieuchronny rezultat wspomnianej gospodarki wolnorynkowej. A jednak ktoś w rękach trzyma śrubki, którymi może coś poluzować lub przycisnąć. Właśnie usłyszałem w radio, że rząd przyjął rozporządzenie w sprawie podwyżki akcyzy na paliwa w nowym roku. Tak więc benzyna znów zdrożeje o kilkanaście groszy. Polacy jakoś to przełkną, przyzwyczajeni są już do drożejącej benzyny. Tyle tylko, że ta podwyżka zainicjuje kolejne – jak efekt domina. Bo wszystko trzeba dowieźć, rozwieźć. Więc znowu o 5 groszy bułeczka, o 10 groszy mleko, o 20 groszy serek… i tak dalej.
Ludzie się nie zbuntują. Bo przeciw czemu właściwie? Przeciw wolnorynkowym mechanizmom, przeciw skutkom globalnego kryzysu, przeciw kłopotom sfery euro? Właściwie nic się nie stało – powie każdy. I to jest niezaprzeczalne wyższość komfortu sytuacji, w jakiej znajduje się Donald Tusk. Władysław Gomułka, ani Edward Gierek nie mieli tak łatwo. Musieli podwyżki brać na swoje partyjne klaty. Tusk niczego nie musi. On jest przywódcą z innej już gliny. Chociaż, kiedy wspomnimy retorykę gierkowską przemówień o budowaniu „drugiej Polski” to wydaje się, że bardzo bliźniaczo pobrzmiewa ona w pogadankach z cyklu „Polska w budowie”. Z jedną różnicą: zamiast przyjaźni polsko-radzieckiej jest współpraca europejska.
Wesołych Świąt mimo wszystko!